marsylia
Francja

Marsylia – weekend z lodami bazyliowymi i tango

Marsylia mnie zachwyciła. Piaskowym odcieniem budynków, targiem rybnym w porcie, Morzem Śródziemnym na wyciągnięcie ręki. Lekcją tanga przy zachodzie słońca. Delektowaliśmy się tym miastem jak winem (którego zresztą wypiliśmy nie jeden kieliszek), mrużąc oczy od odbijającego się w wodzie słońca. To był niezwykle udany weekend z lodami bazyliowymi i długimi spacerami. Oglądam zdjęcia z tego wyjazdu i chcę się tam przenieść choćby i zaraz.

Zanim jednak pozachwycam się wyjazdem: Marsylia to ogromne miasto, które jak każda metropolia żyje własnym życiem i zmaga się z śmieciami, bezdomnością czy grupami przestępczymi. Czytałam dużo poleceń, by wybrać nocleg w centrum i nie zapuszczać się w dalsze rejony miasta po zmroku. My podczas tych trzech dni czuliśmy się komfortowo. Zawsze jednak, czy to Marsylia czy inne miejsce, warto mieć oczy dookoła głowy. 

Dotarliśmy na miejsce…

Szczerze mówiąc, nie pamiętam dlaczego wybraliśmy Marsylię. Niezbyt to zaplanowaliśmy, po prostu szukaliśmy dobrych weekendowych lotów i ciepła. Wyszło pięknie! Wysiedliśmy lekko zdezorientowani, w jaki sposób wydostać się z lotniska. Betonowy kiosk naprzeciwko wyjścia z lotniska bez żadnych oznaczeń okazał się kasą biletów autobusowych. Kupiliśmy bilet w dwie strony, bo można go zrealizować w przeciągu roku.

Po dotarciu na dworzec autobusowy przeszliśmy do hotelu Staycity Aparthotel, zostawić plecaki. Miejsce skusiło nas lokalizacją i rozsądną ceną. Było to surowo urządzone studio, ale podobało nam się. Było dobrze zaopatrzone i mieliśmy aneks kuchenny, który pozwolił nam przygotowywać śniadania i kolacje. Potrzebowaliśmy tylko 10 minut, by dojść do portu i dworca, a zaraz obok była stacja metra i sklep. 

Pierwsze kroki skierowaliśmy się do informacji turystycznej, by zakupić Marseille Citypass. Świetna opcja! Wszystko, co zobaczyliśmy i zrobiliśmy w Marsylii, mieściło się w ofercie karty miejskiej, również transport.

Dzień I. Nie spodziewałam się!

Zmęczeni porannym lotem wybraliśmy się na leniwy spacer. Zaczęliśmy od Starego Portu, gdzie uderzył nas zapach ryb wystawionych w lodzie prosto z kutrów rybackich. Komu doradę, komu sardynki?! Zauroczeni ilością słońca  (w końcu była połowa października) skierowaliśmy swoje kroki brzegiem ku masywnej budowli w kolorze piasku, która okazała się częścią MUCEM. 

Zaglądnęliśmy do Cathédrale La Major i skierowaliśmy się ku górze, do dzielnicy La Panier. Co za inspirujące miejsce! Ciasne uliczki kryją w sobie klimatyczne restauracje i mnóstwo sztuki ulicznej, do której mam słabość. Snuliśmy się uliczkami póki nie wyrosła przed nami kopuła Le Centre de la Vieille Charité. W tym dawnym więzieniu kryje się kilka wystaw muzealnych. 

Na La Panier odkryliśmy też niesamowite lody, które towarzyszyły nam w zwiedzaniu cały weekend. Vanille Noire ma kilka lokalizacji w mieście, w których prezentuje naprawdę nietuzinkowe lody. Ja skusiłam się na bazylię! Wracając do hotelu, wstąpiliśmy do sklepu po to, co we Francji najlepsze. ;) Pieczywo, sery, winogrona i wino. Do tego francuski teleturniej i dzień można uznać za naprawdę przyjemny i udany.

Dzień II. Witamina D zagryziona krewetkami i winem

Po pierwszym dniu wiedzieliśmy, że Marsylia ma mnóstwo do zaoferowania. Zerwaliśmy się z łóżek i popędziliśmy na stację metra, by podjechać do oddalonego od centrum Palais Longchamp. Co to za piękne miejsce! Po bokach fontanny, w skrzydłach budynku, znajdują się muzea: historii naturalnej i sztuki XVI-XIX wieku. 

Nie marnowaliśmy świetnej pogody. Tramwajem dojechaliśmy do Starego Portu, a tam wsiedliśmy na łódkę płynącą na wyspę If. Znajduje się tam zamek, w którym uwięziony był hrabia Monte Christo. ;) Obeszliśmy wszystko w ciągu godziny i wróciliśmy na ląd, by poszukać obiadu. Zdecydowaliśmy się na miskę owoców morza i wino oczywiście. Będąc nad francuskim morzem nie było innej opcji! 

Wybraliśmy jedną z portowych restauracji, nie pamiętam jej nazwy, ale kilka z nich serwuje podobne półmiski, które widoczne są na tablicach przy wejściu. Kierowaliśmy się głównie dostępnym stolikiem w pierwszym rzędzie z widokiem na miasto i cały port. 

Dzień II. To jeszcze nie koniec…

Z pełnymi brzuchami wiedzieliśmy, że ciężko będzie nam wspiąć się na wzgórze z bazyliką NotreDame de la Garde, która dominuje nad całym miastem. Wybraliśmy zatem kolejkę turystyczną, która jak wszystkie pozostałe atrakcje była  w cenie Citypass. 

Z La Garde rozciąga się przepiękny widok na miasto. Stamtąd zdecydowaliśmy się zejść w stronę morza i plaży, zachodzące słońce zaskoczyło nas jednak już przy Monument Aux Morts Des Orients. Wydaje mi się, że to właśnie w tym momencie moje serce rozkruszyło się i zostawiło kawałek w Marsylii. 

Kiedy zobaczyłam złote światło padające na grupę ćwiczącą tango i puste czerwone leżaki zamkniętej po sezonie restauracji. Kiedy dostrzegłam mnóstwo osób siedzących na kamieniach i oglądających ten sam spektakl co ja. I kiedy w końcu słońce zniknęło za horyzontem, a ja zobaczyłam to miasto w poświacie błękitnej godziny. 

Dzień III. Marsylio, nie mówię żegnaj. Do widzenia!

Lot powrotny mieliśmy dopiero wieczorem, dlatego ostatni dzień chcieliśmy wykorzystać maksymalnie. Odwiedziliśmy MUCEM, pod którego murami przechodziliśmy zaraz po przyjeździe. Gdybym miała opisać to miejsce własnymi słowami, powiedziałabym że to miejsce łączące teraźniejszość i historię. Jest to muzeum sztuki w nowoczesnym budynku nad wodą, które połączone jest tarasem z zabytkowym fortem Saint-Jean. Tam z kolei znajdziecie historię Morza Śródziemnego i miasta Marsylia. Wystawy wystawami, ale oba budynki architektonicznie robią niesamowite wrażenie. 

Ostatnia porcja lodów, szybkie zakupy mocno pachnących mydełek z których słynie miasto i wróciliśmy do domu… Do widzenia, Marsylio!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.