rye
Anglia

Spaliśmy w wiatraku! Weekend w cudownym Rye

Spaliśmy w wiatraku! Takim z wielkimi białymi skrzydłami! Ostatni weekend sierpnia spędziliśmy w Rye. Miasteczku pełnym urokliwych, niekiedy powyginanych, budynków z witrynami i drzwiami, od których ciężko odciągnąć wzrok. Wypełnionym brukowanymi uliczkami, które prowadzą ku górze, ku wąskiej wieży kościoła. Wdrapanie się na nią nie jest łatwe, ale rozciąga się z niej widok na Kanał La Manche, a przy dobrej widoczności nawet i Francję. Nikt się nie spieszy, słychać tylko stukot kroków i przyjacielskie rozmowy. 

Komu w drogę, temu czas!

Do Rye przyjechaliśmy w piątek późnym popołudniem zaraz po pracy. To miasteczko w East Sussex na południu Anglii, niedaleko kanału La Manche, leży niecałe 90 km od Londynu. Wystarczy najpierw wsiąść w pociąg do Ashford International, a następnie przesiąść się w drugi już do Rye (czyt. raj). 

Godzina i jesteśmy na miejscu! Wstąpiliśmy do sklepu Jempson’s przy stacji kolejowej, który okazał się dobrze zaopatrzony w lokalne produkty. Cały wieczór przegadaliśmy, zajadając się słodyczami i popijając cydr Turners z Kent.

Sobotni poranek z kubkiem czekolady w ręce…

Nie mieliśmy planu. Gospodarz przygotował nam klasyczne angielskie śniadanie, a my nabraliśmy ochoty na deser. Swoje kroki skierowaliśmy wzdłuż dawnych murów miasta, do Knoops – wyjątkowej czekoladziarni. Znajdziecie w niej mieszanki czekolady od białej i różowej po mleczną i gorzką, od 28% do 100% kakao. Próbowaliśmy kilku wersji – na zimno, ciepło i z kawą. Za każdym razem były przepyszne, im więcej kakao tym bardziej gęste. 

Dzień wytyczony brukowanymi ulicami…

Z kubkami w dłoniach ruszyliśmy dalej. Trochę pod górę, kilka razy w lewo, potem w prawo… Rye jest małym i niezwykle uroczym miasteczkiem, w którym mapa jest zupełnie niepotrzebna. Po prostu oddaliśmy się drodze, zaglądając w sklepowe witryny,  talerze gości restauracji i niezasłonięte okna mieszkań. 

Zazwyczaj, kiedy gdzieś jedziemy, przeszukuję przewodniki i blogi w poszukiwaniu ciekawych miejsc i dobrego jedzenia w okolicy. Tutaj chciałam odpocząć, więc odpuściłam. Mimo to nie mam wrażenia, że coś przez to przegapiłam, wręcz przeciwnie. Daliśmy sobie czas na swobodny spacer, na wejście do każdego napotkanego sklepu. A sklepów w Rye jest co niemiara! Otwarte garaże z antykami, ciasne korytarze z “rupieciami”, małe butiki pełne oryginalnych i ręcznie robionych rzeczy. 

Błądziłam z szeroko otwartymi oczami i przepadłam totalnie.  Bo Rye to miasteczko, gdzie na każdym kroku coś może Cię zachwycić. Jest pełne małych detali – figurki ustawione w oknach, ozdobne tabliczki z numerem domu, krzywa ściana, malownicze drzwi, ogromny żyrandol w podświetlonym salonie.

Południe bliżej słońca, na wąskiej wieży…

Dotarliśmy do kościoła St Mary’s Church. Z zewnątrz wygląda jak wiele innych w Anglii, ale jego wyjątkowość kryje się w środku. Kącik dla dzieci, pluszowy pies siedzący w ławie, biblioteczka… Za wejście na wieżę zapłaciliśmy 4 funty od osoby. Ciasne korytarze i niezwykle strome drewniane schody, a czasem i drabiny przyprawiały momentami o dreszcz. Warto było zacisnąć zęby i wejść na szczyt, bo rozciągał się z niego widok na całe miasto i okoliczne pola. Niestety, było zbyt pochmurno, by zobaczyć również wybrzeże Francji. Ponoć w słoneczne dni jest to możliwe. :) 

Wieczór w wygodnym fotelu w kinie…

Kiedy zgłodnieliśmy, wybraliśmy jeden z polecanych przez naszego gospodarza pubów, The Standard Inn. Musieliśmy chwilę poczekać na miejsce, ale było warto! Świetny klimat i obsługa, jedzenie przepyszne. W końcu, po raz pierwszy spróbowałam ostryg. Zostałam fanką. 

Nastał wieczór, dzień był długi, ale nie chcieliśmy jeszcze wracać do pokoju. Poszliśmy więc do drugiego kościoła, teraz już kina. Tak “Kino” w Rye jest w budynku starego kościoła. :) Nie zagryza się tam popcornu, a napoje pije ze szklanki. Teraz pasowałoby napisać, że widzieliśmy ambitną europejską produkcję, ale nie. Wybraliśmy “Free Guy”, świetną komedię akcji. :) 

Noc spędzona w wiatraku!

Pospacerowaliśmy jeszcze chwilę po zmroku, jako jedni z nielicznych. Wszędzie była cisza i spokój… W końcu wróciliśmy do naszego pokoju. W wiatraku! A dokładniej w Bed and Breakfast, RYE WINDMILL. W korytarzu oglądając zdjęcia można było poznać historię obiektu, który obecnie prezentuje się przepięknie.

Pokój był bardzo przytulny. Mieliśmy też zestaw do parzenia herbaty, co uprzyjemniało chłodne już wieczory.  Największym plusem tego miejsca (oprócz samego faktu spania w pięknym wiatraku) był jednak gospodarz. Powitał nas ciepło razem ze swoim uroczym labradorem, a następnie wskazał polecane przez siebie miejsca i restauracje. Pokój bukowaliśmy bezpośrednio na stronie młynu.

Zanim wyjedziemy, zerknijmy jeszcze w dal na Kanał La Manche…

W niedzielę postanowiliśmy zobaczyć jeszcze Camber Sands. To plaża z wydmami, niezwykle malownicza. Ostatnio wyczytałam, że to tam spędzała czas młodziutka Kate Moss zanim została sławna… 

Również świadomość, że po drugiej stronie kanału La Manche majaczy Francja dodaje temu miejscu wyjątkowego uroku. Na miejsce można z łatwością dojechać autobusem spod dworca kolejowego Rye. Podróż w jedną stronę trwa około 30 minut, a bilet w dwie strony kosztował nas 5 funtów od osoby. 

Nasz pociąg do Londynu odjeżdżał dopiero po południu, dlatego wstąpiliśmy jeszcze na obiad do Layla Mezze Grill. Zakończyliśmy wyjazd dobrą turecką kuchnią, więc mimo krótkiego pobytu, byliśmy gotowi wrócić do domu z uśmiechami na twarzach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.